Czym weryfikacja jest
Zacząć należałoby od tego na czym w ogóle polega weryfikacja tekstu. Jest to proces, celem którego jest upewnienie się, że tekst przekładu odpowiada tekstowi źródłowemu. Proste. W podobny sposób można opisać rozszczepienie atomu. Polega ono na podzieleniu atomu na części. Proste. A jednak nie wszystkim to wychodzi w warunkach domowych, stosowane procesy mają różną sprawność, więc może coś jest na rzeczy. Żeby zweryfikować tekst, trzeba najpierw odpowiedzieć sobie na pytanie co to znaczy „odpowiada” z powyższej definicji. Ktoś mógłby powiedzieć: znaczy to samo, i po problemie. Jednak sama ekwiwalencja znaczeniowa to nie to samo co „odpowiedniość”. Dla przykładu „runąć” znaczy tyle co „upaść” ale również „zawalić się”.
Sprawdź również: Co my w ogóle robimy
Nawet w obrębie tego samego języka już widać, że „znaczy to samo” wcale nie gwarantuje sukcesu. Bo przecież budynek może się zawalić, ale drzewo już nie. Wiem, to wszystko są rzeczy oczywiste, ale warto z tych podstaw zdawać sobie sprawę. Nie tylko jednak semantyka jest tu problemem. Kolejne zagadnienia to naturalny szyk zdania, styl i gramatyka, o interpunkcji już nie wspominając wszystko to oczywiście na kursie językowym było, ale już ujęcie kontrastywne między językami, które nie w pełni do siebie przystają (trzy rodzaje gramatyczne w j. polskim i funkcjonalnie brak gramatycznej kategorii rodzaju rzeczownika w j. angielskim) wykracza poza standardowe kompetencje językowe.
Po co w ogóle to wszystko
Oczywiście ktoś podejmujący się tłumaczenia, powinien sobie ze zjawisk tych zdawać sprawę– nawet najczęściej tak jest. Ale gdyby wszyscy tłumacze byli bogami słowa, to wtedy nie powstałaby instytucja weryfikatora. Co więcej tłumacz w większym stopniu „żyje” w języku z którego i na który tłumaczy, szczególnie jeśli chce być na bieżąco z jego zmianami, otacza się tekstami kultury właśnie w tym języku, co sprawia, że jest bardziej wyczulony na frazeologię czy potocyzmy, ale co również powoduje, że pewne charakterystyczne dla danego języka rozwiązania gramatyczne stają się dla niego przezroczyste. Stąd tak częste odtwarzanie angielskiego szyku zdania i szereg innych językowych kalek w przekładanych tekstach. Zjawisko to może przyjąć formy dość oczywiste jak na przykład wywołująca krwawienie oczu „edukacja dla bezpieczeństwa”, ale może też przejawiać się subtelniej. Coś co tłumaczowi jawi się naturalnym z racji przyzwyczajenia, weryfikator wychwyci i poprawi. Opisana powyżej ekspozycja czasami pomaga, ale podatnym na wpływy zewnętrzne, niewyrobionym zmysłom językowym może wręcz szkodzić – wszechobecna i naturalna w języku angielskim strona bierna w języku polskim razi. Czy to wszystko oznacza, że weryfikator nie musi znać języka tak dobrze jak tłumacz? Nie. Ale musi go znać nieco inaczej. Umieć oddzielić w głowie poszczególne języki w taki sposób, aby mieć pewność, że treść komunikatu w języku docelowym jest oddana wiernie oraz poprawnie.
Wszystko w normie
Co szczególnie interesujące, norma ISO 17100 nie definiuje szczegółowo kompetencji weryfikatora. W teorii student IV roku anglistyki mógłby weryfikatorem zostać i byłoby to z normą zgodne. Praktyka branżowa pokazuje niestety, że nie jest to zjawisko rzadkie. Weryfikacji dokonano? Tekst tłumaczenia został przeczytany? Został. A to, że nawet bardzo zdolny student IV roku nie ma wiedzy, doświadczenia ani dojrzałości potrzebnych do oceny przekładu – to przecież najwyraźniej nikogo nie obchodzi – nawet lepiej, bo jak się nie wprowadza do tekstu żadnych poprawek to i etap weryfikacji trwa krócej. U nas w REDDO weryfikacją zajmują się tylko osoby o najdłuższym stażu, z latami doświadczenia i wykształceniem zarówno językowym, jak i kierunkowym – zdajemy sobie sprawę, z tego jak ważny jest ten etap w procesie tłumaczenia i nie zgadzamy się w tym obszarze na żadne kompromisy – szczególnie zważywszy na fakt, że dobrze wykonana weryfikacja w ostatecznym rozrachunku nie tylko chroni nas przed świeceniem oczyma, ale również powoduje, że roboty mamy mniej.
Supermoce weryfikatora
Co ciekawe, weryfikator ma w głowie taki przełącznik, który pozwala wyłączyć funkcję autokorekty na sensorach. Co to takiego? Każdy na pewno się z tym zetknął, że nasz mózg automatycznie poprawia litrówki (sic!), przestawki czy opustki. Po prostu wie jakie znaki powinny się w danym miejscu znaleźć i automatycznie „poprawia” czytany tekst nawet nas o tym nie informując. Umiejętność wyłączenia tej funkcji jest cechą charakterystyczną dobrego weryfikatora oraz korektora, przy czym korektor może w tym kontekście „oszukiwać” a weryfikator nie. Oszustwo takie polega na czytaniu bez zrozumienia. Jeśli nie rozumiem co czytam, mózg nie wie jakie „poprawki” wprowadzić automatycznie, więc tego nie robi. W czasach kiedy Internet trafiał jeszcze do kiosków Ruchu, krążyła anegdota o korekcie, bodajże w Szpilkach, która z uporem maniaka poprawiała w drukowanym żarcie słowo „nierdziela” na „niedziela”. Żart jest słabawy, ale możliwy do potwierdzenia w internetowych źródłach.. Pokazuje jednak dowodnie, że czasem korekta naprawdę nie rozumie co czyta.
Weryfikator w środowisku naturalnym
Kolejną kwestią jest to, po kim się czyta. Każdy z nas, którzy na życie zarabiają piórem ma swoje preferencje, idiosynkrazje, ulubione frazy i zwroty to coś co potocznie nazywamy „stylem”. Inaczej czyta się po kimś kogo „styl” się zna, a inaczej po kimś, kto jest dla nas zupełnie nowy. Ma to szczególne znaczenie jeśli chodzi o wprowadzanie tak zwanych zmian preferencyjnych. Zmiany takie, to zmiany z „poprawnie” na „też poprawnie ale mi się tak bardziej podoba”. Co do zasady, zmian takich należy się wystrzegać, ale to wszystko zależy od kontekstu w naszym przypadku wszyscy tłumacze, weryfikatorzy i redaktorzy gramy do tej samej bramki więc im tekst ładniejszy tym lepiej dla wszystkich, więc nie będziemy bronić tej zasady jak niepodległości.
Dalej, weryfikatorzy muszą naprawdę dbać o higienę psychiczną każdy z nas pewnie wie, że błąd widziany, czy słyszany tysiące razy przestaje razić. Otóż weryfikatorzy czytają, co pewnie nikogo nie zaskoczy, więcej niż przeciętna. Znacznie, znacznie więcej. Co gorsza czytają teksty, które nie przeszły redakcji, teksty, w których usterki czy błędy pojawić się mogą. Jest to szczególnie ważne, żeby zachować jasność wizji. Żeby nie dać sobie wmówić, że błąd nie jest błędem, albo co znacznie gorzej, że poprawne zdanie należy zmienić na niepoprawne. Smutna, lecz prawdziwa historia: dawno, dawno temu, we wczesnym antropocenie, redaktor „poprawił” moje „włożył buty” na „ubrał buty”. Nigdy nie pisałem gniewniejszego listu do wydawcy. Gniew nie blednie mimo tego, że teraz zewsząd atakują mnie argumenty „bo tak się mówi” albo „tak się w branży przyjęło” i stąd mamy „adresowanie problemu”, „z tyłu głowy” (tam gdzie potylica) czy ukochane nasze „i/lub”.
Wymaga praca weryfikatora zachowania równowagi pomiędzy pewnością siebie i pokorą, co nie każdemu przychodzi z łatwością. Muszę mieć wiarę we własną wiedzę, a jednocześnie dopuszczać możliwość, że czegoś nie wiem, żonglując dwoma, a czasem nawet trzema językami – łatwizna nie?
Supermocy ciąg dalszy
Niebagatelnymi są też kwestie wiedzy dotyczącej tematyki weryfikowanych tekstów. Co w tekście popularno-naukowym wygląda dobrze, w tekście specjalistycznym może być niewystarczające. Co w języku potocznym nie brzmi dobrze, może być jak najbardziej na miejscu w protokole badania klinicznego (gdyż takie a nie inne standardy językowe w obszarze tym panują). Są to kwestie, które weryfikator znać musi, gdyż jego praca polega nie tylko na dbałości o poprawność językową, ale również za terminologię i meritum. W tym miejscu warto dodać, że etap weryfikacji to ostatni moment, kiedy można zadbać o spójność terminologiczną. Nie trzeba chyba wyjaśniać, że jeżeli w jednym dokumencie mamy Harmonogram wizyt, Rozkład czynności, Zestawienie procedur, Podsumowanie działań na ten sam papier, to może być problem. Tu właśnie przydaje się doświadczenie w pracy nad tekstem w ogólności.
Podsumowując: stała czujność granicząca z paranoją, głęboka znajomość zarówno języka źródła jak i języka docelowego przy jednoczesnej umiejętności odseparowania ich od siebie, korektorskie oko, wyczucie stylu, pewność siebie, pokora… Acha, i oczywiście umiejętność przekazania krytyki autorowi przekładu w taki sposób, żeby nie chciał się potem ów autor rzucić z mostu może nie jest to wymagane, ale stanowi w tej robocie pewien atut (patrz: czytanie po ludziach, których się zna).
To wszystko przy pracy nad tekstem źródłowym, który jest wysokiej jakości już stanowi nie lada wyzwanie, natomiast jak tekst ten jest daleki od doskonałości…
Warto pochylić się nad losem ludzi z cienia. Jeżeli w procesie weryfikator w ogóle był uwzględniony, to jego zasługą jest fakt, że czytany tekst nie wywołuje nieplanowanych skoków ciśnienia. To jego niewidzialny trud czyni świat piękniejszym i łatwiejszym do zrozumienia. Warto też zainteresować się, z czysto praktycznych powodów, kto weryfikuje tekst, który zleciliśmy do tłumaczenia, bo od talentu i doświadczenia tej osoby w dużej mierze zależy ostateczny efekt przekładu. For those about to read, we salute you!