Kategoria: Tłumaczenia zwykłe

Pisaliśmy już o tym, że mamy stały zespół wewnętrzny. Wręcz, co rzadkie w branży, w naszych głównych obszarach specjalizacji nie korzystamy z usług podwykonawców. Co jednak z tego wynika i dlaczego warto się tym chwalić - jakie korzyści płyną z posiadania takiego właśnie zespołu? Oczywiście TAKIEGO zespołu jak nasz to nikt inny nie ma, ale jednak można wyróżnić szereg zalet z posiadania zespołu w ogólności.
Co my właściwie robimy? To pytanie tylko z pozoru jest proste. Wszak biuro dostaje zlecenie, tłumacz nad zleceniem siada i tłumaczy, weryfikator weryfikuje i wprowadza poprawki (albo ­ w idealnej sytuacji ­ nie wprowadza, bo nie musi), a następnie klient dostaje gotowy tekst w języku docelowym i wszyscy kłaniają się sobie nawzajem. Tadam! Proste?
Powiedzmy sobie szczerze: tłumaczenie medyczne w cenie 20 złotych za stronę ani nie jest medyczne, ani nawet nie jest tłumaczeniem. To po prostu oszustwo. Tak kusząco tanie tłumaczenia medyczne przypominają nam skok ze spadochronem, ale bez spadochronu. Będzie skok, będzie szybko, będzie tanio, tylko ryzyko jakby nieco większe.
Zarówno w mowie potocznej, ale też w przepisach, panuje nieporządek i wymienne stosowanie pojęć „działanie niepożądane” oraz „skutek uboczny”. Skutek uboczny (ang. side effect) i działanie niepożądane (ang. adverse drug reaction) mają zupełnie inne znaczenie kliniczne i należy je rozróżniać – tak w ustawodawstwie, dokumentach rejestracyjnych, jak i dokumentacji medycznej. Nierozróżnianie lub stosowanie wymienne działania niepożądanego i skutku ubocznego – również w trakcie tłumaczenia dokumentacji medycznej – prowadzi do nieporozumień, ale może także prowadzić do nieprawidłowego zgłaszania i interpretowania tych zjawisk. Te dwa pojęcia są często używane zamiennie, a skutki uboczne w znaczeniu działań niepożądanych nazywane są złymi skutkami ubocznymi – co utrudnia komunikację.
Mózg, podobnie jak język, jest plastyczny – reaguje na zmiany otoczenia, rozwija się adekwatnie do warunków, w których się znajduje. Dowiedziono tego już 20 lat temu, podczas wielokrotnie cytowanych badań londyńskich taksówkarzy, którzy słyną z niesamowitej znajomości ulic tego ogromnego, poplątanego miasta. Ich mózgi okazały się różnić od przeciętnego mózgu rozmiarem struktury związanej z pamięcią i orientacją przestrzenną, czyli hipokampu – u taksówkarzy był znacząco większy! Kolejne badania udowodniły, że to nie ludzie o przerośniętych hipokampach wybierają karierę w zawodzie taksówkarza, lecz raczej jazda „z pamięci” po ulicach Londynu powoduje rozrost tego obszaru mózgu. Można zatem pokusić się o hipotezę – być może wszystkie zawody, które wymagają intensywnego korzystania z kilku funkcji poznawczych jednocześnie, znajdują odzwierciedlenie w ludzkim mózgu? Jak zatem wyglądałby typowy „mózg tłumacza”?

wyszukaj

Kategorie

Ostatnie wpisy